przychodnia pod fraktalem
detale
przychodnia pod fraktalem
podobne
Od razu na wstępie zaznaczam: gdybym sam te 10 lat temu coś takiego przeczytał, uznałbym autora za beznadziejnego odkleja.
Dzisiaj jednak jestem tym >>odklejem<< i nadal nie potrafię sobie w pełni uwierzyć, że to wszystko naprawdę miało miejsce.
A miało. Posłuchajcie:
Męczyło mnie od niemal miesiąca ostre zapalenie zatok. Jedyne choróbsko, jakie zdarza mi się przechodzić w okresie jesienno-zimowym, jednak tym razem trzymało wyjątkowo długo i niemiłosiernie męczyło bułę. Żona kazała iść w końcu do lekarza, na co ja w typowym dla siebie zuchwalstwie stwierdziłem, że piguła to ostateczność i najpierw spróbuję wyleczyć się, a jakże, grzybowym tripem. Szczerze mówiąc, powiedziałem to wtedy pół żartem pół serio - po prostu chciało mi się przyjąć na pokład kilka gramów kapeluszy, szczególnie że ostatni raz był ze dwa albo i trzy miesiące temu.
Z grzybami mam tak, że wierzę, ale wątpię. Niby wiem, co widuję podczas tripów, ale jednak gdzieś tam z tyłu głowy siedzi myśl, że to tylko autosugestia, ćpuńskie majaki, czy nawet dorabianie doświadczeń pod tezę.
Za każdym razem po tripie odszczekuję to, zaś tym razem - po stokroć.
Oszczędzę Wam technikaliów, grzyby jak grzyby, zmielone w ilości koło piątki, własna produkcja, przyjęte nocą w odosobnieniu. Mój standard. Wypowiedziałem z szelmowskim uśmieszkiem intencję ULECZCIE MNIE i poleciałem w tango.
Pierwsza godzina jak z podrecznika psychonauty, trochę telepania, trochę kolorków, miło i przyjemnie by nagle poczuć sie po prostu źle, jak struty. Chciało mi sie rzygać (co się nigdy nie zdarza), z nosa zaczął lecieć potok gluta, zalewał mi też gardło, więc chwiejnym krokiem pobiegłem do łazienki. Nic nie wyszło, prócz plucia zieloną mazią. Wróciłem do łóżka, ciagle wycierając nos. Czułem się coraz gorzej, więc grzyby wysłały do mnie komunikat - DZIAŁAMY.
Zacząłem powtarzać sobie, że sam tego chcialem, to leczenie, nic złego sie nie dzieje, ale nie ukrywam, że nieco zacząłem panikować. Odkrztuszałem niezliczone ilości wydzielin z płuc i nosa, a we łbie jakby ktoś mi zwoje rozłączał i łączył na nowo. Dosłownie czułem istne przearanżowanie połączeń neuronalnych, by nagle ujrzeć TO.
Obrzydliwą kreaturę ubraną w grzybowy vibe, wijącego się skurwysyna, ktory zagnieździł się w moich zatokach. Odejdź ode mnie! Zostaw mnie w spokoju! Ja, Mario, rozkazuje ci - wypierdalaj! Nie wiesz z kim zadarłeś! Odejdź w tej chwili!
Darłem się na drobnoustroje. Ja, poważny człowiek sukcesu, przedsiebiorca, czyjś mąż, ojciec - gadałem do siebie naćpany grzybami z kita. A przynajmniej tak to musiało wyglądać z boku, bo z mojej perspektywy, wewnątrz, toczyła się walka na śmierć i życie o to, kto tu kurwa rządzi. Ja tu rządzę! Ja i sprzymierzona ze mną myko-armia z innego świata.
W pewnej chwili wizja się rozpłynęła, włączył się typowy dla stanu "po wszystkim" falujący wygaszacz ekranu. Wytarłem się ostatni raz, wyplułem co było do wyplucia i wciągnąłem powietrze przez nos. Pierwszy raz od miesiąca byłem w stanie wykorzystać pełnię przepustowości moich nozdrzy. Jakbym w ogóle wcześniej nie był chory. Nie moglem w to uwierzyć, choć sam byłem żywym dowodem! Żałowałem, że ze względu na późną porę nie mogę podzielić się tą dobrą nowiną z moją żoną.
Nie uwierzy i tak! Śmiałem się jak głupi sam do siebie. Jak ja w ogóle mogłem wątpić w grzyby? Jak śmiałem wątpić w siebie?! Przecież jestem równy bogom!
Polałem sobie na wyciszenie miarkę oleju konopnego, ale to tylko podkręciło mentalną stronę podróży. Czułem się... wybitnie? Nie ma chyba lepszego słowa by opisać, jakie emocje i jaka siła wewnętrzna emanowała ze mnie w tamtym momencie. Nie chciałem, by ta noc dobiegła końca, choć czas uległ tak dużej relatywizacji, że trudno mi było określić, ile czasu już tripuję. Spojrzałem na telefon, była ledwie 1 w nocy. Trzecia godzina zabawy, w której przez większość czasu w ogóle nie było mi do śmiechu. Cóż, czasami i tak bywa i tak czasami trzeba.
- 50 odsłon

